Przenosiny >> środa, 30 września 2009 16:50:50
www.nauticum.blog.pl

komentarze [2]

Łabędzi śpiew >> piątek, 25 kwietnia 2008 22:32:22


Potrzebuje wsparcia.
Bardzo.


H.


Spójrz niewidomy co za świat
Szerokiej drogi chromy
Wsłuchaj się głuchy w dźwięków grad
O szczęściu durniu pomyśl

I za tych co w więzieniu i
W mieszkaniu wynajętym
Jeszcze dwadzieścia pięć lat żyj
Wyżej wznieś głowę ścięty

Ach mój niemowo cóż za głos!
Podaj mi dłoń bezręki
Karłom wyznaczyć trzeba wzrost
By stał się człowiek piękny

I żeby mogli sypać nam
Deszcz manny nieustanny
Na baczność dziś garbusie stań
Bądź zdrów śmiertelnie ranny



(*"Pokolenie" z "Mury w Muzeum Raju", wyk. P.Gintrowski)



komentarze [1]

A teraz, gdy w ruchomych piaskach tonę... >> środa, 20 lutego 2008 12:52:27
Wolne. Ferie.
Odpoczynek? Spokój?
...
Widział ktoś gdzieś moje JA? Chyba zgubiłam je w tamtym roku i do teraz nie odnalazłam...
ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Ja już nie. Ja nie wiem nic.
Zgubiłam gdzieś nawet to, co uważałam za podstawę swoich przekonań.
Dlaczego wciaż istnieję?
Ale chrzanienie...
I tak nikt tego nie weźmie na poważnie.

Bo przecież kiedyś musi być wreszcie dobrze. Bo jest sprawiedliwość. Bo istnieje granica. Bo nie można ot tak zginąć, zawsze istnieje szansa na przeżycie, cokolwiek by się nie działo, jest wyjście z sytuacji, prawda?
...
Nieprawda...
A ja chciałabym wierzyć, że to nie kłamstwo. Wierzyć naprawdę, a nie z rozpędu.

...Może ja naprawdę dorosłam...
Tylko dlaczego to wszystko jest takie puste?
komentarze [2]

"Jest taki samotny dom..." >> czwartek, 27 grudnia 2007 17:11:42
Kocham tą piosenkę.
Wiem. Wiem, że często używam tego słowa w stosunku do rzeczy i miejsc, ale... Dlaczego nie, jeśli naprawdę to czuję? Kocham swoje miasto. Kraków tylko lubię, Gdańsk mi się podoba, a Wrocław kocham. Moje miasto, moje miejsce.
Tak samo jak Otmuchów.
Jest wiele miejsc i piosenek, które lubię. Które lubię bardzo.
Ale te, które kocham...
To trochę jak z ludźmi. Z tym, że z ludźmi jest inaczej. Bo, jak wiadomo, kochać to nie znaczy zawsze to samo... ;)
Jakby tak na to spojrzeć... To oprócz tego, że kocham ludzi jako ogół, jest wielu takich, których kocham jednostkowo. Kocham rodzinkę. Kocham swoim prawdziwych (!) przyjaciół. Kilka innych osób. Tak bardziej erotycznie to na razie nikogo, ale tu akurat mam czas xP
Bo czym jest przyjaźń, jak nie rodzajem miłości - tej prawdziwej, bezinteresownej?
Tak. I kocham tą piosenkę. Tak samo jak "Pocałuj noc" Varius Manx, "Wiarę" Iry i "Send me an angel" Scorpionsów.

Jest taki samotny dom

Uderzył deszcz, wybuchła noc,
Przy drodze pusty dwór,
W katedrach drzew, w przyłbicach gór,
Wagnerowski ton.

Za witraża dziwnym szkłem,
Pustych komnat chłód,
W szary pył rozbity czas,
Martwy, pusty dwór.

Dorzucam drew, bo ogień zgasł,
Ciągle burza trwa,
Nagle feria barw i mnóstwo świec,
Ktoś na skrzypcach gra,
Gotyckie odrzwia chylą się
I skrzypiąc suną w bok
I biała pani płynie z nich
W brylantowej mgle.

Zawirował z nami dwór,
Rudych włosów płomień,
Nad górami lecę, lecę z nią,
Różę trzyma w dłoni.

A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien

Znowu szary, pusty dom,
Gdzie schroniłem się
I najmilsza z wszystkich, z wszystkich mi
Na witraża szkle,
Znowu w drogę, w drogę trzeba iść,
W życie się zanurzyć,
Chociaż w ręce jeszcze tkwi
Lekko zwiędła róża...

A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien



Quaina
komentarze [2]

Opowiadanko... powiedzmy _^_ >> sobota, 22 grudnia 2007 15:19:40
To coś poniżej zostało napisane, gdy przez tydzień siedziałam w domu po wyrwaniu ósemki. Wyszło na 5 stron Worda Oo
Jedyny komentarz odnośnie samego tekstu: Tak. Wiem.

„W czoło całować – troski pochować
W czoło całuję.
W oczy całować – sen ofiarować
W oczy całuję.
W usta całować – jak wody podać
W usta całuję.
W czoło całować – wszystko darować
W czoło całuję.”
M. Cwietajewa

„Na pustyni
Nagą istotę spotkałem, półzwierzę
Gdy przykucnąwszy na ziemi
Trzymała swe serce w dłoniach
I milczkiem je żarła
I rzekłem; ej przyjacielu
A dobre to?
Gorzkie – powiada –
Ale ja lubię
Bo gorzkie
I moje to serce.”
(?)

Słowa. Pozwalała im płynąć, obmywać duszę, zacierać wrażenia i wspomnienia, oddaje się cała, zapadając w trans, gubiąc świadomość. Tylko tak może uratować resztki siebie, zanim wyrwie je ktokolwiek inny. Obrazy... przebłyski pamięci... sny... maligna...
Kto? Kiedy? Za jaką cenę...
Zaciśnięcie powiek nie pomaga. Łzy wysychają, zanim jeszcze zdążą się zgromadzić w kącikach oczu. Słoneczne promienie wypalają na twarzy znaki, które odczytać i zrozumieć może tylko ona.
- Co robić, gdy nie mam już niczego? – szepnęła, nawet nie starając się ukryć przerażenia. – Co by odzyskać dawną ja, poznać siebie na nowo, nie zgubić w labiryncie odczuć? Co?! Pomóż!
Krzyk niósł się przez pustkowia, odbijając na barierach ludzkiej ignorancji i deistycznych teoriach bogów wielu ludów. Drżała, nie potrafiąc wykrzesać z siebie choćby tyle siły, by wstać i iść do przodu z płonną nadzieją jako bronią ostateczną – tępą i nie nadającą się do użytku.
Leżała, pozwalając palcom zanurzać się w gorącym piachu i przesypywać wyblakłe ziarna. Kim była, by umierać z honorem?
Nie potrafiła się zmusić nawet do tego, choć wszystko w niej wołało o podjęcie dalszej, daremnej wędrówki, bez wiary w dotarcie do celu. Milczała, wsłuchana w wewnętrzny dialog wielu głosów, znających aspekty duszy o wiele lepiej od niej samej.
Czekała, aż zabiorą jej świadomość – a dozna wreszcie oczyszczenia...
* * *
Westchnął cicho, poprawiając opadający mu na oczy kaptur. Odsłonił przykrytą specjalną tkaniną twarz i odetchnął głęboko. Noc, która przed chwilą okryła pustynię, jak zwykle przyniosła ze sobą oczekiwany chłód, który niebawem miał się zmienić w prawdziwe zimno.
Zacmokał na wielbłąda i podjął dalszą wędrówkę. Nie przeszkadzała mu samotność, która w obecnych warunkach prowadzić mogła do zguby – w piaskach tkwił uśpiony żywioł, gotowy obudzić się, by zniszczyć nieostrożnego podróżnika. On jednak nie dbał o to. Wiedział, jak się poruszać i jak przetrwać, choć nie był prawowitym synem pustyni.
Ciche mlaskanie wyrwało go z zamyślenia. Nakazał wierzchowcowi zwolnić kroku, osłonił twarz i czujnie się rozglądając sięgnął po znajomy, użytkowany przez lata AK-47. Powoli podjechał do dziwnego zwierzęcia, starając się go nie spłoszyć. Księżyc odbijał się od wytartej czasem lufy karabinu. W oczach stworzenia błyszczały biało gwiazdy, gdy podniosło głowę, by spojrzeć na przybysza.
Wędrowiec cofnął się odruchowo napotkawszy jego wzrok. Dopiero teraz dojrzał, co stwór trzymał w rękach. Ludzkie, bijące serce...pożerał je w milczeniu, głośno przełykając.
- Ej, przyjacielu! – starał się, by w jego głosie nie zabrzmiała niepewność. – A dobre to?
- Gorzkie – zdziwiony opuścił broń. Kobieta? Młoda? Ileż czasu musiała tu spędzić, by tak zdziczeć! Przyjrzał jej się uważnie. Kucała na niewielkiej wydmie, naga, z potarganymi i zmierzwionymi włosami. Ciemne w blasku księżyca oczy spoglądały na niego niechętnie, ale bez wrogości, raczej pełne były zrezygnowania. Odłożył karabin i zeskoczył z wielbłąda. Okazało się to dobrym pomysłem, bo następne zdanie całkowicie wytrąciło go z równowagi.
- Ale ja lubię, bo gorzkie i moje to serce – otarła przedramieniem krew z kącików ust i strzepała dłonie po dojedzeniu ostatniego kawałka.
- Jak ci mogę pomóc? – spytał, wstrząśnięty. Ta dzikuska właśnie zjadła ludzkie serce, w dodatku twierdząc, że to jej własne! Nieznacznym ruchem otarł ręce o lekkie spodnie. Czuł, jak włosy jeżą mu się na karku.
- Znajdź ją. Jest kilkadziesiąt metrów stąd, nieprzytomna. Być może wtedy uda jej się dojść do siebie i „zlepić serce w proch potrzaskane” – zanuciła na koniec i zanim zdążył się obejrzeć, znikła wśród piasków.
Wdrapał się z powrotem na siodło dromadera i ruszył w dalszą drogę. Wypatrywał dziewczyny.
* * *
Pochylił się nad nieprzytomną. Wyczuwał wyraźnie jej tętno, oddech był widoczny gołym okiem – więc lepiej, niż się spodziewał. Ostrożnie sprawdził, czy nie ma żadnych złamań, ale nic na to nie wskazywało. Dźwignął ją powoli i umieścił na grzbiecie wierzchowca, po czym sam usadowił się tuż za nią. Uważnym wzrokiem zmierzył przestrzeń dzielącą ich od linii skał, gdzie mogliby znaleźć schronienie. Jak pospiesznie obliczył, kierując dromadera w tamtą stronę, powinni do nich dotrzeć jeszcze przed świtem.
Zwiększył tempo. Nie było co zwlekać.
* * *
Poklepał wielbłąda po szyi i poprowadził go w głąb skalnej groty, na końcu której ze ściany przebijała się strużka zimnej wody. Zwierzę rozstawiło szeroko nogi dla zachowania równowagi i zaczęło ją łapczywie chłeptać. Wędrowiec rozkulbaczył wierzchowca, rozłożył grupy pled, aż wreszcie ułożył na nim dziewczynę. Wyciągnął z juków bukłak z wodą i napoił powoli odzyskującą świadomość towarzyszkę podróży. Jęknęła cicho, z trudem otwierając oczy. Zamrugała powiekami. Wyglądała na nieco przestraszoną i zdezorientowaną. Ze zdziwieniem dojrzał w jej oczach łzy.
W czoło całować – troski pochować...
- ...W czoło całuję – mruknął i zrobił, co zapowiedział. Przez chwilę leżała z zamkniętymi oczami w milczeniu, wyrównując oddech. Przyglądał się jej, by zapamiętać każdy szczegół opalonej, a przecież tak europejskiej twarzy. Twarzy z kraju jego przodków...
- Pomóż mi... – szepnęła. Drgnął zaskoczony, nie spodziewał się usłyszeć jej głosu. Uśmiechnęła się słabo, ale dostrzegł w tym uśmiechu promień słońca. Słońca tak odmiennego od tego, które przyświecało tej krainie... – Zmuszam się do jedzenia. Do wędrówki już nie potrafię. Nie mogę też spać. Śmiać się... Dawno zapomniałam, co to naprawdę oznacza. Myślałam, że to koniec, że zatraciłam się zupełnie. Ale kiedy ty pocałowałeś mnie w czoło... Poczułam... Wszystkie troski jakoś się zracjonalizowały. Nie są już takie straszne i nie do ogarnięcia. Choć nadal nie mogę zasnąć... Ale dziękuję – objęła go za szyję i pocałowała lekko w policzek, szorstki od kiełkującego zarostu.
- Pomogę – obiecał. Delikatnie uwolnił się od jej ramion i przykrył dłonią oczy dziewczyny. Oddychała miarowo, ale wiedział, że nie śpi.
W oczy całować – sen ofiarować...
- ...W oczy całuję – powiedział cicho, muskając je wargami. Odwróciła na bok głowę i z cichym westchnieniem zapadła w długo wyczekiwany sen. Pogłaskał ją po włosach, podziwiając ich pszeniczną barwę i zastanawiając się, skąd pochodzi: ze Słowian czy północnych plemion germańskich?
Okrył ją dodatkowo swoją peleryną i usiadł obok. Kimkolwiek nie była, zamierzał ją chronić.
* * *
- Jak się nazywasz?
Spojrzał na nią uważnie, rejestrując każdy szczegół budowy. Ocenił ją na dwadzieścia jeden, może dwa lata, szczupła, ale wysportowaną – pewnie wędrówka przez pustynię tak ją zahartowała.
Siedziała w zapiaszczonym, potarganym ubraniu przeczesując włosy palcami, by choć trochę je rozplątać. Uklęknął tuż za nią i powoli, delikatnie zaczął rozczesywać złociste kołtuny swoim grzebieniem.
- No? – ponagliła go. – Chciałabym wiedzieć, jak wołać swojego wybawcę.
- Czy to ważne? – mruknął niechętnie. Nie miał ochoty zdradzać swojej tożsamości. – A ty?
- Abadaya. Powiedzmy.
- To nie jest twoje prawdziwe imię.
- Teraz je wymyśliłam. – potwierdziła. – Skoro ty nie chcesz zdradzić swojego...
- Mów mi więc Tanled, Piechur Piasków.
- Ładnie – przechyliła lekko głowę i uśmiechnęła się, spoglądając na dromadera. – Kiedy znów mnie pocałujesz, Tanledzie? Jestem głodna, ale nie mam ochoty na jedzenie...
Dosłyszał przekorne nutki w jej głosie i usiadł na piętach, obracając ją do siebie. Uśmiechała się, ale w oczach nie dostrzegł ogników rozbawienia.
Dotknął delikatnie jej policzka.
- Tak bardzo chcesz być całowana?
- Chcę być kochana – jej odpowiedź kolejny raz go zaskoczyła. Cofnął rękę.
- I uważasz, że cię kocham?
- Leczysz mnie i niesiesz ukojenie – spojrzenie głębokich, ciemnozielonych oczu hipnotyzowało, nie pozwalało o sobie zapomnieć. Starał się jak mógł, by odpowiedzieć nieugiętym, roziskrzonym bursztynem swoich tęczówek. – jesteś moją nadzieją i spokojem. Nie porzucaj mnie teraz...
W usta całować – jak wody podać...
- W usta całuję – szepnął, składając krótki pocałunek na jej wargach. Przytuliła się do niego, kiedy chciał się odsunąc. Pogłaskał ją po plecach i oswobodził się z jej objęć. – zjesz coś teraz?
- Tak – nie odrywała od niego wzroku, kiedy krzątał się przy bagażach. Kończyła rozczesywanie włosów. – Zostawisz mnie, prawda?
- Nie pozwolę, byś zginęła na pustyni.
- Największa pustynia pozostanie w moim sercu.
Podał jej bez słów kawałek suszonego mięsa i pełną garść daktyli. Jedli w milczeniu. Obserwował ją w zamyśleniu. Nie reagowała, choć niewątpliwie czuła jego spojrzenie. Wreszcie podniosła głowę. Podeszła powoli do niego i kucnęła obok. Siedział po turecku, więc niewiele go przewyższała.
- W czoło całować – odczytał z jej warg – wszystko darować... w czoło całuję – powiedziała już na głos, odwdzięczając się wspomnianym gestem. Trwał przez chwilę z zamkniętymi oczami, czując, jak sadowi się koło niego.
- Kim ty jesteś, Słowianko? – spytał, szukając ciemnej zieleni jej tęczówek. Nie uciekła spojrzeniem.
- A ty, Rodaku?
- Piechurem Piasków.
- Nie. – wstała, otrzepała spodnie i podeszła do strugi wody, by się napić. – Jesteś Rodakiem, Jasnowłosy. Tyle masz imion... I nie chcesz ze mną wrócić.
- Tu jest mój dom. – klepnął leniwego wielbłąda i zabrał się do pakowania dobytku.
Nie odpowiedziała, zastanawiając się, jak mogłaby go przekonać. Wyruszyli w milczeniu chwilę potem, gdy kolejna noc wzięła pustynię w swoje posiadanie.
Ponieważ siedziała z przodu, nie widziała, jak wędrowiec się usmiecha. Wiedziała tylko, oparta plecami o jego pierś, że nędzie jej go bardzo brakować.
* * *
- Świt – zauważyła, kiedy pomagał jej zsiąść z wierzchowca.
- Pożegnanie.
Kiwnęła głową, godząc się na takie zakończenie. Czy miała jakiś inny wybór? Błaganie nie leżało w jej naturze. Przecież i tak go prawie nie znała.
- Nie smuć się... – chociaż starał się ukryć żal, ona i tak zdołała dojrzeć go na dnie jego oczu, w kącikach ust, dosłyszeć w głosie.
Chwycił jej twarz w obie dłonie.
- Na troski – powiedział, składając pierwszy pocałunek na jej czole. Trwała nieporuszona, przymknęła tylko oczy. – Na sen – kontynuował, wargi musnęły powieki. – Na pamiątkę.
Nie dbał już o to, co pomyśli, całował mocno, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że naprawdę ją zostawia. Kiedy wreszcie ją puścił, wybuchnęła śmiechem, szczerym, głośnym i pełnym nadziei.
- Wyłamałeś się! – wytknęła mu, przytulając się. Wtulił twarz w jej włosy, a ona śmiała się nadal. – Odebrałam cię pustyni, choć żadne z was jeszcze tego nie wie. – Odsunęła się, by zlustrować go wzrokiem. – Ja wiem, że wrócisz. Wiem, że mnie nie zostawisz. Ufam ci. – szepneła, całując go w policzek. Potem odwróciła się na piecie i zanim, oszołomiony biegiem wypadków, zdążył ją zatrzymać, zniknęła między niskimi budyneczkami. Jej śmiech wciąż dźwięczał mu w uszach.
Z westchnieniem oparł się o bok dromadera i zapatrzył na wstający nad pustynnią dzień. Zaniepokojony zwierzak trącił go pyskiem. Pogłaskał go po szyi.
- Wygląda na to, że daliśmy się spętać Słowiance, Tiraei. Trudno stary, czas na ciebie. Wracamy do domu.
Chwilę jeszcze stał na skraju pustyni, zanim odwrócił się i ruszył przez budzące do życia miasto. Miał mało czasu. Musiał zostawić wierzchowca u wuja, spakować się i złapać popołudniowy samolot do Polski. Czas wracać na uczelnię.
Czas wracać do niej...
* * *
Słowa. Wirowały w powietrzu, furkotały rozbawione, nadskakiwały natrętnie domagając się uwagi. Więcej, więcej, wiecej! Jeszcze, jeszcze, jeszcze! Ryły w sercu znaki, zostawiały ślady na duszy. Zapisywały się od nowa, od nowa tworzyły jej życie. Wolne, nieogarnione, silne...
Dała im się porwać. Tym razem świadomie i z uśmiechem.
Wracała do Polski. Wracała do domu...
Odmieniona.

Quaina, 26 listopada 2007, ok. 2h



Wesołych Świąt ;p

Quaina :)
komentarze [1]

"Masz siłę, masz wiarę, raz jeszcze pozbieraj się..." >> sobota, 15 grudnia 2007 15:51:12
Jak sobie obiecałam, koniec z jęczeniem o Pieczarze - więc o niej tu już nie będzie.
Od tej chwili będzie o ludziach.
O tych, co zaufali. O tych, co są ze mną. Tych, na których mogę liczyć i z którymi będę, bo mnie nie opuszczą. I których nie opuszczę ja.
Pewnie będą też dumne słowa, idee, może jakieś senstencje. Ale czyż nie taka właśnie jestem? Nie zmienię tego. Lepiej siebie zaakceptować niż z sobą walczyć. Doskonalić, ale bez niszczenia.
Wrocław jest Miastem Spotkań. Ale nie tylko. Jest także Zielonym Miastem. I Miastem Aniołów.
Rekolekcje pewnie w większości z Was nie interesują, więc przekażę tylko to, co dominikanin z Poznania powiedział o Wrocławiu na koniec konferencji o Aniołach.
Powiedział, że jak patrzy na krasnoludki, to czuje obecność Aniołów. Że nigdzie indziej nie czuje jej tak mocno, jak we Wrocławiu.
I może to jest to, co sprawia, że się w tym mieście dobrze czuję. Ludzka dobroć i życzliwość, objawiająca się między innymi przez krasnoludki czy inne inicjatywy, służące pomocy ludziom.
Wiara daje mi siłę. Częstochowa ma sanktuarium maryjne, Kraków czakram (tak to się pisało? :) ), a my mamy Anioły. I niech tak będzie.
Adwent, więc i kolejne postanowienia. Znów - doceniać każdą chwilę, znajdować dobroć w największym wrogu (takowego nie mam, na szczęście... Niby moja siostra, ale... xP), dostrzegać dobrą stronę wszystkiego. Jak będzie, zobaczymy. Ale już teraz wiem, że w codziennym dniu jest tyle wspaniałych drobiazgów zasługujących na uwagę...
Czyjś uśmiech. Blask wschodzącego słońca odbijający się w oknach Ratusza. Charakterystyczne 'nie.' doktora Jabłońskiego xP Śnieg. Reklamy w autobusach i tramwajach, w formie komiksu. Życzliwy sms.
W końcu Szczęście jest tam, gdzie je człowiek widzi. (chyba Sienkiewicz ^^)...
Miała być krótka notka, więc na tym kończę.
Piosenki tyeż nie będzie. Nie mam pomysłu, żadna mi nie chodzi po głowie. No, może poza... A zresztą, dlaczego nie? xP

Może daleko jesteś od niego
Może zgubiłeś scieżki jego ślad
Może w samotną ruszyłeś drogę
I nie wiesz jak Bóg Ciebie zna

Nie martw się, Bóg Ciebie kocha
I zawsze z Tobą jest
Podnieś swój zmęczony wzrok
I popatrz przed siebie

Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz
Zacznij od nowa, zacznij jeszcze raz


No co?;]

Do napisania :)

Promyk
komentarze [0]

Listen to your heart... >> sobota, 3 listopada 2007 14:22:03
Pass the flame!...

W sumie nie wiem, o czym mogłabym tu pisać. Czy inaczej - wiem doskonale, ale nie mam na to najmniejszej ochoty. Zerwałam z tym. Dlaczego więc mam się zamartwiać o forum, na które nie uczęszczam?
Prawda jest taka, że ja ludzi nie opuściłam. Więc nadal się martwię. I nie straciłam szacunku do nikogo - jakkolwiek niektórzy już na niego w moich oczach nie zasługują. Ale to tylko subiektywna ocena.
Nie chcę zaczynać pisania o Pieczarze i Pieczarowcach - a jednak to robię.
Bo oni są ciagle obecnie w moim życiu.

Ale...
Po pojęciem Pieczary rozumiem co innego niż to, co się obecnie dzieje. Ja znam innych ludzi. Nadal ufam Pieczarowcom. A pozostali? Kim jesteście? Nie znam was...


Koniec. Nie mam zamiaru poświęcać kolejnej notki na marudzenie co to się z nimi stało. Niech sobie radzą sami. Kazdy ma prawo być sobą. I każdy zasługuje na szacunek. Swoje powiedziałam już w notce poprzedniej.

A co u mnie ogółem? Dużo się obijam, mało uczę, spotykam ze znajomymi i cieszę studiami ;) Zaczyna się ciężki okres, ale dam radę. Wyszłam z najgorszego dołka, spaliłam za sobą mosty, a brodu nie widać... Ale co z tego? Przecież "spalone mosty to najlepszy w życiu start!"
Zawsze lubiłam ogień ;] No i jestem przecież cichą wodą, nie? ;>

Ech, życie, życie... Dwa koncerty w ciągu ostatniego miesiąca, mnóstwo spotkań i zrozumienie. Że z życia trzeba brać garściami i jakkolwiek nie zapominać o przeszłości, to nie oglądać się wstecz. Iść przed siebie. Bo ci najwierniejsi zostaną - w końcu nie opuszcza się tego, co się kocha, nie opuszcza się przyjaciół. I tego się będę trzymać. Net nie jest całym światem - ode mnie zależy, na ile przeniosę go do rzeczywistości, jak sobie z nią poradzę...
Mogę balansować na krawędzi. Ale czy to oznacza, że spadnę w przepaść?
Jestem zdolną akrobatką. Wybuduję most.
'Zbudujemy most, po którym przejdzie cały świat...'
Inżynierów brak, ale jakoś dam radę.
Co to dla mnie... ;)

Welcome to a trip
Into my hurt feelings
To the center of my soul
You better bring a light
To find the house of meanings
In the labyrinth of yeas or no
For you, life is just like chess
If you don't make a move
You'll lose the game like this

Cause you, you're walking on the edge
You, you chose the way of love and pain
You, don't you see the bridge
I've built for you, it's just one step to start again


Bo Ty, Ty spacerujesz po krawędzi. Ty, Ty wybierasz drogę miłości i bólu. Ty nie widzisz mostu, który zbudowałem dla Ciebie. Wystarczy jeden krok, by zacząć od nowa...

I ja ten krok już postawiłam. Ja też sie zmieniam. Wbrew pozorom.

Welcome to a trip
Into my emotions
To the language of my heart
You're sailing on a river
That becomes an ocean
Which you can only cross with love
For you, life is just like chess
If you don't make a move
You'll lose the game like this

Cause you, you're walking on the edge
You, you chose the way of love and pain
You, don't you see the bridge
I've built for you, it's just one step to start again


Tak, jak zwykle faza na The Scorpions ^^ A wszystko przez nowy zakup - baterię do mp3 za 1,30 zł :D Czasem warto jeździć autobusami. Naweet jeśli baba w okienku zdziera na bilecie ><
Ale za to Wrocław Miastem Spotkań - i znów się o tym przekonałam, tym razem na PKSie ^^ Kocham to miasto. I wracam już jutro, skończy się obijanie ;)

o, notka bez ładu i składu. Jak mi tej paplaniny brakowało! ;>

Trzymać się ludzie, kocham Was! :*
xDDD
Faza. Dawno jej nie miałam ^^

Na razie :)

Quaina

komentarze [14]

Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada - nie pozwól nam przespać poranka... >> sobota, 13 października 2007 11:49:50
I oto notka.
Szczerze, to nie mam ochoty w niej nic pisać. W ogóle nie mam ochoty jej pisać, bo kto to będzie czytał. Ale po przejrzeniu notek innych...
Porzuciłam forum. Odeszłam. Zrezygnowałam.
Nazwijcie to jak chcecie - mogę być dla was egoistką niewartą uwagi, ale co z tego?
Nie ufamy sobie. Nie ufamy sobie wszyscy. Bardzo ładnie to widać w komentarzach w notce Arka: Magda ufa bezgranicznie Darkowi, Arek Jagodzie, i wzajemnie starają się udowodnić własne racje. W tym momencie faktyczny przedmiot sporu schodzi na drugi plan - i tak wszystko sprowadza się do zaufania.
Tak jak u mnie i Marcina.
Potrafię być mściwa, wredna i pamiętliwa - zwłaszcza przy moim uporze, co do czego niektórzy się już przekonali, niejednokrotnie na mnie złorzecząc, bo osła mogłam w tej dziedzinie czasem zdystansować. Ale z reguły ufam ludziom, bo jestem naiwna. Stop. Byłam. Teraz już nie potrafię.
Tak jak nie potrafię znów zaufać Marcinowi. Nie winię go - w końcu to tylko moja wina, jak odbierają moje smsy inni ludzie. Niekoniecznie muszą je rozumieć tak jak ja.
I tutaj słowo wyjaśnienia (pewnie niepotrzebne, ale jak już się rozliczamy...) odnośnie mojego "Dzięki, że jesteś. Tak po prostu :)", które wysyłałam jakoś w czerwcu.
Dostali to ludzie, których uważałam za bliskich - a więc Pieczarowcy, do których miałam numery telefonów i kilku realowych znajomych. Ale nie wszyscy! >< Za kogo wy mnie macie? Każdy, kto pomyślał "a, Hanka rozsyła wszystkim esy, by sobie humor poprawić" ma już odpowiedź na pytanie, dlaczego już mnie wśród nich nie ma. Dziękuję za znajomych (a niektórzy byli nawet bliscy określenia ich mianem przyjaciół), którzy zamiast wprost zapytać, oskarżają czy wydają takie sądy. Którzy w ogóle takie sądy do siebie dopuszczają - jak mozecie twierdzić, że mnie znacie, jeśli przyszło wam do głowy, że robię to, by podnieść własną samoocenę?W jaki sposób?!
Wybaczcie więc, że uznałam was za równych. Że nie dzieliłam: Ciebie znam krócej, mniej lubię, więc nie jesteś godny moich podziękowań.
Normalnie napisałabym, że sie poprawię następnym razem.
Nie będzie następnego razu.
I właśnie dlatego nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się znów zaufać Marcinowi. I niektórym z was. O ile jeszcze komukolwiek na moim zaufaniu będzie zależeć.

Proszę, uniosłam się trochę piszac tą notkę. Miało mi to zobojętnieć. I zobojętniało. Ale nadal są rzeczy, które bolą. Cholera, byłam z wami od początku! Możecie wmawiać sobie, że to przejściowe, jak zawsze, że histeryzuje, a w ogóle to mogę sobie iść, nie to nie - ale nie wierzę, że jesteście na tyle głupi, by nie dostrzegać, że coś się zmieniło. Bo nie jesteście - co najwyżej skupieni na innych, teoretycznie ważniejszych rzeczach niż przypatrywanie się relacjom, bo wam i tak dobrze.
Zmieniliśmy się my, więc i relacje między nami, owszem - ale to nie usprawiedliwia braku zaufania.
Są ludzie, trzymający się z boku i nie mieszający do sporów. I są ci, którzy w tych sporach uczestniczą.
Trudno mi to wszystko zostawić. Ale po co tam nadal trwać? Napisać już nic nie napiszę. Rozmowa trwa, by trwać. Każdy obraca się w ramach własnej grupki.
Nie odejdę z przytupem jak Anka, nie wrócę jak Adela, nie zostanę po latach sprowadzona jak Aque.
Pierwsze dlatego, że choć bardzo bym chciała, wiem, że mi nie przystoi, drugie dlatego, że jestem nawet nie tyle konsekwentna, co uparta i raz powziętej poważnej decyzji nie zmienię - bo konsekwencje swoich czynów trzeba ponosić, a trzecie dlatego, że to nie te osoby i nie te czasy. Nigdy nie zasłużyłam się na tyle, by za mną biegać. Zazwyczaj to ja byłam tą biegającą, proszącą i przepraszającą.
Ja, ja, ja. Mnie, mój, moje...
Tak, egoizm. Ale spróbujcie sobie pobyć taką jak ja. Przez cztery lata. A potem spróbujcie zrobić coś egoistycznego. Wiecie, jaki byłby wrzask?
Magda, skoro jestem straszną egoistką, czemu nie wypomniałaś mi tego wcześniej? Zaraz po tamty smsie, ledwie tydzień temu, miałam ochotę poważnie porozmawiać. O wszystkim. Wyłożyć problemy swoje, wysłuchac twoich, zrozumieć i oczyścić atmosferę. Ale...
Ja nie mam siły, a Ty ochoty. Bo nie jesteśmy już małymi dziewczynkami, za to ja jestem straszną egoistką, która zawsze tylko patrzy, jak inni się mają do niej, a nie ona do nich.
Tyle, że kiedy proszę o radę, zbywasz ją milczenie i nie potrafisz wskazać drogi czy choćby kierunku, od którego mogłabym zacząć.

Ale... Już nieważne w sumie. Bo tu widzę zaczyna się moje żalenia na innych, a nie tak powinno być.
Moja decyzja - ok. Nie udało mi się wytrwać, widać nie byłam wystarczajaco silna i nie potrafiłam was zrozumieć - trudno. Widać nie każdy się nadaje.
Może kiedyś uda nam się jeszcze spotkać. Może nie.
Ale, mimo wszystko wytrzymaliśmy ze sobą prawie pięć lat. Jutro minie pięć od założenia magresu - ot, taka symboliczna data, bo przecież ja się zarejestrowałam dopiero 17 listopada.
Bywa.

Nic nie może przecież wiecznie trwać - co zesłał los trzeba będzie stracić...
A ja w ciągu ostatnich miesięcy straciłam już wiele. Dużo też zyskałam, to prawda. Taka specyfika życia.

Wracam do prawa konstytucyjnego i łaciny.
Dzięki, za te pięć lat, Pieczarowcy.
I do zobaczenia. Kiedyś.

Quaina
komentarze [3]

Szybka notka >> wtorek, 8 maja 2007 20:31:10
Jeszcze żyję.
Mam za sobą polski, anglik i wos.
Dobrze, średnio, raczej dobrze.
Jak będzie, zobaczymy.
Może wyjade zaraz po maturach.
Może zostanę całe wakacje w Polsce.
Kto wie?
Ja tylko chciałabym zdać jeszcze trzy kolejne egzamy i zobaczyć się z Pieczarowcami. I pograć w RPG.
Ale jeśli nie... Cóż. Zobaczymy, jak będzie ;)
Odezwę się po maturach ;p

Bye ;]

Quaina
komentarze [1]

Za miesiąc matura... >> sobota, 7 kwietnia 2007 19:42:11
Tak, tak...
I to w sumie jedyne, co mogę tu napisać.
Więcej: na tym mogłabym zakończyć wpis.

Ale, że ja za dużo gadam...

Dużo się zdarzyło. Bardzo.
A ja nie mam kiedyś uzupełniać nawet tego zeszytowego pamiętnika. Żyję z dnia na dzień, od sprawdzianu do sprawdzianu. Zasypianie przed północą (a niekiedy nawet pierwszą) to chwalebne wyjątki. Spanie ponad sześć godzin to luksus.
A mimo to, dostając wolny czas, czuję się dziwnie. Bardzo. Jakbym powinna własnie w tej chwili coś powtarzać.
Syndrom maturzysty, co?
Ale nie takie złe, to życie...
W końcu...
Jeszcze miesiąc. Potem zacznie się maraton maturalny. Zacznie, skończy i...
I nic już nie będzie można zmienić. Człowiek zatrzyma się w biegu, uświadomi sobie, że niczego już nie musi i naglę tęskni za dawnym szkolnym kieratem.
Następnie cztery miesiące wakacji, które chcę przeznacvzyć na pracę.
Po wynikach się rozstrzygnie...
Ale póki co...

Matura. Dwadzieścia siedem dni nie wliczając dzisiejszego. Choć licząc maturę z polaka.
Teraz jestem w stanie dziwnej psychozy przedmaturalnej. Powinnam nosić tabliczkę z napisem: "Uwaga, gryzie!". Ciekawe, czy ktoś by uwierzył. Trudno, patrząc, jak ktoś się uśmiecha.
To jest straszne. Pragnę świętego spokoju.
Ale to w sumie nic nowego, prawda?

Dzieje się dużo. Bardzo.
W każdej dziedzinie życia.
Ale jeśli żyć, to na całego, prawda?
Oczywiście, z zachowaniem pewnych zasad, by nikogo nie skrzywdzić i takie tam...

Dam radę. Wiem, że tak, bo muszę. Zaskakujące, do jakich działań zdolny jest człowiek w sytuacjach ekstremalnych.
Albo jedynie krytycznych. Determinacja to bardzo użyteczna rzecz. To coś, co wychodzi z człowieka, gdu ten już dochodzi do wniosku, że nie ma nic do stracenia. Bo nie ma nic w ogóle.

Jeszcze dwadzieścia siedem dni.
I się zacznie...


Pozdrowienia. I powodzenia dla wszystkich tegorocznych maturzystów.
Nie dajmy się panu ministrowi! ;)

Do zobaczenia...

Promyk

Robert Kasprzycki

"Zapiszę śniegiem w kominie"

A jeśli zabraknie na koncie pieniędzy
i w kącie zagnieździ się bieda
po rozum do głowy pobiegnę niech powie
co sprzedać by siebie nie sprzedać

Zapiszę śniegiem w kominie
zaplotę z dymu warkoczyk
i zanim zima z gór spłynie - wrócę
zapiszę śniegiem w kominie
warkoczyk z dymu zaplotę
i zanim zima z gór spłynie - wrócę
i będę z powrotem

A jeśli nie znajdę w swej głowie rozumu
to paszport odnajdę w szufladzie
zapytam go może - on pewnie pomoże
poradzi jak sobie poradzić

A jeśli zabraknie ci w sercu nadziei
bo powrót jest zawsze daleko
przypomnij te słowa zaśpiewaj od nowa
bym wiedział że ktoś na mnie czeka

komentarze [3]

"Bo jest paru ludzi, bo jest parę w życiu dobrych chwil..." >> piątek, 9 lutego 2007 12:37:25
...bo jest parę złudzeń, które warto mieć, by żyć...

Czyli IRA po raz kolejny.
Jendo z rzeczy, które poprawiają mi humor niezależnie od tego, jak dużego mam doła.
Piosenki IRY.
Budyń.
Sms od przyjaznej osoby.
Gwiazdy.


...
Ten rok zaczął się zaskakująco.
I równie zaskakująco mija. Szybko. Za szybko. Ale jednak...
Wszystko przemyka mi między palcami. Jak woda. Czuję ją, mogę nawet chwycić w garść, ale to tylko chwila, moment, zaraz mi wycieknie z dłoni, złapię następną i tylko wilgotna wciaż skóra będzie świadczyła o niedawnej zdobyczy...
W ciągu miesiąca przeszłam już chyba wszystkie nastroje. Od obojętności, totalnego znieczulenia ("co ma być to będzie, że też jest się czym przejmować"), poprzez chwilowe zwątpienia, duszone w zarodku, jeden dół, gdy okazałam chwilową słabośc martwiąc kilku ludzi, za co przepraszam :) , zwariowany optymizm, tęsknotę i całkowite zakochanie do teraz, czyli takiego pogodnego spokoju :)
Naiwnie, jak zawsze, wychodzę z założenia, że jeśli sama się nie unieszczęśliwię, to nikt inny nie jest w stanie tego zrobić.
Ważna dla mnie osoba zadała mi niedawno pytanie, czy istnieje jakaś granica, po przekroczeniu której można złamać człowieka. Przypomniał mi się wtedy dręczony wielokrotnie cytat z Hemigway'a: "Człowieka można zniszczyć, ale nie można go pokonać". Odpowiedziałam, że nie. A na pewno jeszcze nie teraz.
Pomagam innym. Przynajmniej się staram. Naprawdę to lubię, jest częścią mojego charakteru taki pęd ku ulepszaniu świata i zwalczaniu jego zła... i tak dalej...
Ta sama osoba stwierdziła także, że jestem uczciwa. I sprawiedliwa. I że nigdy nikogo nie skrzywdzę świadomie, że we mnie wierzy. A ja... nie wiem, czy zasługuję na taką opinię. Nie ptorafię nad sobą panować w wystarczającym stopniu, jestem niekonsekwentna i leniwa... Ha! I tu na myśl mi przychodzi piosenka Hurtu, "Załoga G", którą już kiedyś zdaje się cytowałam.

Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy, chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei...

Jak ja dawno tego nie słyszałam...
Może ja już dawno wytworzyłam swoisty system obronny, który nie pozwala mi przyjmować całkowicie do wiadomości złych rzeczy? Kto wie, moze to sprawa dla psychologa ;) A tak na poważnie, to czasem do mnie to wszystko po prostu nie dociera. Ja WIEM, że coś jest takie i takie, że sytuacja jest poważna, ale... Nie czuję tego. Nie odczuwam tak, jak bym mogła.
Znieczulica...
Magda kiedyś mi napisała, że to jest dobre, bo nic nie boli tak, jak by mogło.
Jakaś racja w tym jest, tylko... Czasem bym chciała, żeby zabolało. Bo rzeczywistość, w której sie obracam jest czasem bardziej absurdalna od tej ksiażkowej. Naprawdę. Wystarczy popatrzeć na moich znajomych i rzeczy, które ich spotykają.
Wystarczy popatrzec na mnie.
Przeglądając stare pamiętniki dochodzę do wniosku, że moje życie wcale nie jest życiem nudnym i monotonnym. Trzeba tylko na nie uważnie spojrzeć. Po raz kolejny przekonuję się, że z kazdej minuty naszego życia możemy czeprać doświadczenie. Każda sytuacja ma swoją dobrą stronę. Musi!
Inaczej jaki byłby sens naszej egzystencji?
Człowiek cierpi, dążąc do jakichś swoich celów. Nieosiągalnych, bo nieosiągalnych, i w tym tkwi jego cierpienie. Ale po drodze zdobywa cele pomniejsze, odkrywa, że ten główny wcale nie musi być do zdobycioa natychmiast, ze można poczekać i zachwycić się otaczającym nas światem...

Przynajmniej ja będę się starała tak robić. Bo jestem jaka jestem i choćby nie wiem co, pewnych cech nie wyplewię z siebie. A może wcale nie chcę? Ten naiwny sposób postrzegania świata, choć dość nieprzydatny i nawet ryzykowny w dzisiejszym świecie, może być całkiem dobrym sposobem na życie. A trzymajac się go ponadto hartuję siebie.
To, że nie jestem taka jak inni? A kto jest? Czy istnieje definicja normalnego człowieka?
Nie istnieje.

Najważniejsze, że mam ich. Mam kilku dobrych znajomych, może nawet przyjaciół, mam bliską mi rodzinę, niepełną, ale co z tego? Mam Pieczarowców, mam chłopaka, mam kilka czystych zeszytów i pióro, dzięki czemu mogę pisać, net i komórkę, by kontaktować się z innymi...
Co mi więcej potrzeba oprócz ludzi, w których znajduję oparcie?


I nieważne, że większość z nich jest na drugim końcu Polski. Najważniejsza jest świadomość, że są, i pomogą mi, gdy będę tego potrzebować.

Życie naprawdę nie jest takie złe...

Promyk

komentarze [4]

Słodkiego, miłego życia... >> piątek, 29 grudnia 2006 15:07:28
Święta, Święta i po Świętach...
W tym roku - całe szczęście. Byleby tylko do końca roku...

Zabrałeś razem z sobą tajemnice swe, zgubiłeś gdzieś do życia chęć
Uciekać jest najłatwiej chociaż nie masz gdzie
Wszędzie pełno Twoich miejsc, jeszcze jesteś z nami


W pierwszym odruchu mam ochotę napisać, że był beznadziejny. Najgorszy z dotychczas przeżytych. Ale potem...
W każdym miesiącu działo się coś dobrego. Jedno zdarzenie. Dwa, pięć, dziesięć. Drobne gesty przyjaźni, miłe spotkania, zaskakujące pozytywnie wydarzenia. I nagle okazuje się, że powiedzenie "ocean smutku, fale radości" jest jak najbardziej adekwatne.
I, co by nie było - będę zadowolona z tego roku! Może jeszcze nie teraz, nie za chwilę - ale będę. Moje życie, sama je sobie tak ułożyłam, więc nie powinnam narzekać :)

Ref: Zdobyć świata szczyt albo przeżyć jeden dzień
Zapamiętać sny i zrozumieć jeden z nich
Ten jeden najważniejszy wielki sen
Ten jeden opowiedzieć im


Mam ochotę wyrwać się gdzieś. Pojechać, byle przed siebie, byle coś robić, mieć wpływ na to, co ma wpływ na mnie. Żeby jeszcze życie było takie proste...
Ale nie jest i nic na to nie poradzę. Na razie. Bo kiedyś...
Kiedyś będzie inaczej. A jak, przekonam się, gdy nastąpi.
Kiedyś.

Słuchając opowieści których finał znasz, to jaką szansę miłość ma
Utrzymaj jednak wiarę i zachowaj twarz
Tyle mamy w sobie zła, ile widzą inni


No i by było na tyle. Notka wymuszona, bo musiałam jakoś wcisnąć kolejną piosenkę IRY ;)

Do zobaczenia, prawdopodobnie już po Nowym Roku

I szczęśliwego Nowego Roku...

Quaina


komentarze [3]

"Nie zatrzymam się, jak już złapię wiatr, niech uniesie mnie jak najbliżej gwiazd..." >> piątek, 1 grudnia 2006 20:17:24
...Nie zatrzymam się, zdobędę szczyt...

IRA.
"Nie zatrzymam się"...
Mieć ich płytę... _^_
Koniec rozrachunku wspomnień. Koniec przeglądania starych pamiętników i wracania do tego co było, a nie jest. Koniec wypominania, przypominania, wyciągania na światło dzienne, wywlekania...
Koniec.
"W każdym momencie swojego życia możesz zacząć wszystko od nowa."
To zaczynam.

Powiedz mi co czujesz, kiedy widzisz krew?
Czy zamykasz oczy, by nie widzieć zła?
Świat bez kar, świat bez wad - to sen.
I jak ptak, nieba blask - piękny sen.


Nie od fundamentalnych podstaw, nie od pierwotnego początku. Ale dlaczego nie miałabym zacząć od tego, co już było, od tego, co wciąż trwa? Przecież każdego dnia zaczynamy wszystko od nowa. Od początku.
Tylko, że początek oznacza zmianę. A by ją przeprowadzić, potrzeba siły...

Nie wiem czym jest miłość, lecz wiem czym jest lęk.
Ktoś obiecał równość, pytam gdzie on jest?
Gdzie jest cel, gdzie jest sens, gdzie jest brzeg?
I jak wiatr, burzy szlak, gdzie jest kres?


Czy ją mam?
Nie wiem. Przekonam się. Może tak, może nie...
Ale przecież nie o to tu chodzi.
Wszak dążenie do celu jest dużo ważniejsze niż sam cel, będący jedynie motorem naszych działań. Przecież za nim kryje się kolejny, i jeszcze następny...
Najważniejsze, by jakiś mieć. By nie dać się zobojętnić, pozbawić ambicji, marzeń, planów... Nie utracić wiary w sens. Bo jakiś jest. Musi być. Bo wszystko ma swój cel. A skoro tak - posiada sens istnienia.

Mówisz o miłości i sprawiasz mi ból,
Ja śnię o wolności i bardzo chcę żyć.
Podaj mi, podaj mi swoją dłoń...
Mimo wad, mimo zła, wielki krzyk...


W przeprowadzanej anonimowo ankiecie, podczas ostatniej wizyty pani pedagog (psycholog?) szkolnej, kazała nam wypisać trzy najważniejsze wartości z tych wyszczególnionych na tablicy. Chyba, że komuś sie jakaś nasunęła inna, to mógł ją wpisać, ale podkreślając, by wiedziała, że to ta dodana.
Wymieniłam wiarę, przyjaźń i dopisałam wolność.
Ciężko było. Z trudem zepchnęłam trochę miłość, uczciwość, honor i niezależność. Gdzieś dużo dalej pląsowałby pewnie patriotyzm i samodzielność, ale ich nawet nie brałam pod uwagę.
Mimo wad, mimo zła, ja chcę żyć na tym świecie. Podoba mi się. Nie wszystkie jego elementy przypadaja mi do gustu, wiele bym zmieniła i usunęła, ale...
Ale to jest mój świat. Jak można nie kochać czegoś, co dało ci życie? Wychowało cię? Coś, co zapewnia ci istnienie?
I ludzi...

Nasze dzieci płaczą
Szczęście drogie jest
Bo kto im pomoże
Tylko Ty, serca dar, mały gest
Życia fakt, duszy znak - wybierz sam


Co by nie było, ja po prostu więzi z ludźmi potrzebuję. Samotność samotnością, ale czasem dobrze jest się znaleźć w towarzystwie. Ot, taki prastary instynkt przetrwania - w gromadzie raźniej. I bezpieczniej.
Najważniejsze, że jestem wolna. Niekoniecznie niezależna - ale wolna. Mogędecydować. A możliwość dokonywania wyboru jest możliwością niezwykle cenną.


Niedługo zaczyna się Adwent i jest doskonałą okazja do do jakichś postanowień. Dlaczego nie zacząć już teraz? Może w tym roku postaram się przynamniej ich dotrzymać... Kiedyś mi się to powinno udać...
Zatem zacznę od początku. Nie mam co naprawiać, bo wszystko jest w porządku. Czemu więc nie spróbować tego ubarwić?


Pozwólcie, że się przedstawię. Posługuję się różnymi imionami w zależności od otoczenia, ale najczęściej używane to Hania i Quaina. Jestem maturzystką i właśnie zaczynam od początku.
Co więcej? Przesadzam, jestem naiwna.
I, przede wszystkim:

Chcę znów wierzyć w miłość
Mieć siłę by wstrzymać łzy
Mieć prawo do walki
Znów dotknąć gwiazd
Zatrzymać czas


[IRA, "Wiara"]

I jeszcze parę innych rzeczy. Ponieważ jednak są one stare, nie wchodzą w rejestr. Nowy ukaże się kiedy indziej. Albo nigdy.
Przecież wszystko, co tworzymy, tworzymy głównie z myślą o sobie...

Nieważne.

Do zobaczenia

Quaina


komentarze [3]

Wspomnienia... Pierwszy Zlot. >> piątek, 24 listopada 2006 17:26:53
31.01.04r.
9.25 - wyjazd sprzed domu Magdy (daleko miałam! =) ) na Dworzec Główny. (...)
10.00 - już jesteśmy na przystanku. Wcześniej zdążyłyśmy się uwiecznić (ja, Magda i Anka) na fotografii. Magda inteligentnie umówiła się na przystanku autobusowym zamiast pod zegarem, o czym nie omieszkałam jej wspomnieć parę razy.
W każdym razie...
Pierwszą znalazłyśmy Venyę, a raczej Fire_dragon, bo Venya to jej AE. Ale do Endera też się mówi Ender zamiast Cień, więc...
Nevermind. Beata ma tu rodzinę, więc we Wrocku była już wcześniej.
Potem znalazłyśmy razem stojących Endera, Aque i Kabutopsa. Najpóxniej przyjechał Towdy.
Kolejne pół godziny trwało poszukiwanie źródła sprzedaży jednodniowych biletów. Wreszcie w jakims kiosku natknęliśmy się na nie i wróciliśmy 112stką.
Posiedziałam z nimi chwilę, potem wyszliśmy z psem, pojechaliśmy do rynku, wzięłam rzeczy i poszłam na nockę do Adgi. Śniadanie, wyjście z psem, placyk.
To tak w skrócie. Teraz przedstawię to dokładniej (...).
1.Akcja: "Znajdź przystanek"
cel: znalezienie przystanku tramwajowego w stronę pętli
środki: logika
ofiara: wszyscy
przebieg: wspomniałam o biletach. Wcześniej zamierzaliśmy je kupić na pętli i stamtąd pojechać do domu. Tylko najpierwsz trzeba było znaleźć przystanek w tamtą stronę.
rezultat: przerwanie poszukiwań, gdyż bilety zakupiono.
2.Akcja: "Pij mleko - będziesz wielka"
cel: uraczenie Ani napojem zwanym mlekiem
środki: szklanka mleka i perswazja
przebieg: po powrocie z Dworca wstąpiłam do domu. (...)Wróciłyśmy (ja i Anka) do Magdy. Zastałyśmy grupkę siedzącą dookoła stołu nas pustymi szklankami. Madzia uprzejmie się spytała, czy chcemy pić. Ja tak, Anka nie. Po chwili nasza kochana gospodyni wróciła z dwiema szklankami: soku dla mnie i mleka dla Anki, która go nawet nie tknęła. Trochę sobie postało.
Ofiara: Anka
Rezultat: Była nieubłagana. Oni też. Ale przegrali, Charm mleka nie ruszyła.
3.Akcja: "Wrocławskie parówki" czyli
jak to jeść.
cel: odkrycie sposobu na bezpieczne zjedzenie parówki.
środki: widelec, nóż, palce, zęby, co się nawinie...
ofiara: wszyscy
przebieg: Madzia poczęstowała nas garnkiem parówek. Ok. Tylko teraz pytanko, jak to wyciągnąć? śliska folia skutecznie uniemożliwiała wyciągnięcie kiełbaski. Jak już komuś się udało, pozostawało jeszcze zdjęcie folii. Pochwała dla Towdiego za sprawne poobieranie parówki ze skórki.
Rezultat: z ciężkimi stratami (parówka!!!) ale mimo wszystko pomyślny.
4. Akcja: "Złap mnie jeśli potrafisz: Przyczajony tygrys i ukryty smok" czyli
zabawa z wodą pod różnymi postaciami.
cel: Początkowo wygranie wojny śnieżnej, potem dorwanie bądź obrona (to ja! =) ) Darka.
środki: śnieg, spryt, celność, własne ciało...
ofiara: wszyscy.
Najbardziej poszkodowany/a: Hm... trudno określić ^^
przebieg: I wojna śnieżna Pieczarokurnika:
zaczęło się od tego, że podczas spaceru z psem (moim of course) doszliśmy nad stawek. Okazało się, że jest zamarznięty i pokryty śniegiem. Podeszłam nad brzeg, czujna, jako, że spojrzenia innych jednoznacznie wskazywały na to, że będę królikiem doswiadczalnym. Powoli trąciłam lód. Wydawał się mocny i wreszcie odważyłam sie na nim stanąć. Przeszłam kilka kroków i odwróciłam się do nich. Na stawek wszedł za mną Darek, po chwili też Arek i Dorota. W ten sposób dokonał się podział na grupy. Strzelaliśmy w tych na brzegu - Beatę, Magdę, Ankę i Kubę - a oni w nas. Sprawa się skomplikowała, kiedy podczas natarcia przekroczyliśmy swoje granice i oni wkroczyli na stawek. No to odwrót. Wycofaliśmy się pod osłonę bloków z gruzu, ale i tę zaporę sforsowali. Powoli łączyliśmy z nimi swoje siły i wyszło na to, żę wszyscy są przeciw Darkowi. Dobra, prawie. Ja zostałam lojalna swojej drużynie i pomogłam mu. A jak zdarzyło mi się strzelić w któregoś z naszych, to przez przypadek ^^
Kolejny gruz. Darek, ja. Naprzeciw Beata i nieuzbrojona Dorota.
"Quaina?". Myślałam, którą tu trafić. "Quaina?".Spojrzałam na niego. "Którą bierzesz?".Uśmiechnęłam się. "Wszystko mi jedno" - odparłam i strzeliłam w Venyę, po czym wycofałam się za swoim sojusznikiem. Na koniec i tak wszyscy byli mokrzy i pokojowo nastawieni ^^
Rezultat: dobry humor i wilczy (Beata nie bij!) apetyt.
5.Akcja: "Makaron rządzi!" czyli
domowy obiadek.
Cel: zjedzenie makaronu nałożonego na talerze przez Magdę. było go więcej niż rosołu, a to już coś.
środki: Madzia mówi jeść, to trzeba słuchać...
ofiara: wszyscy
przebieg: Każdy dostał talerz z furą makaronu. Anka rzecz jasna nie jadła. Nawet dodanie rosołu niewiele pomogło. Trudno. Wbrew temu, co Darek usiłował mi wmówić, zjadłam to. Po prostu nie znał moich możliwości. Zresztą, mało się przez nich nie udławiłam, ale to tak na marginesie.
6.Akcja: "Co ja robię tu?" czyli
zwiedzanie rynku.
cel: ?
środki: nogi, bilety i komórki
ofiara: Anka, Arek i ja
przebieg: Zwiedzaliśmy rynek. W pewnym momencie wstąpiliśmy do Empiku. Beata obejrzała się za ramię i zauważyła to. Rzecz jasna, żadna ze stron nie wpadła na tak genialny pomysł jakim jest ustalenie czasu i miejsca spotkania, skoro się rozdzielamy. Wyszło na to, że nasza trójka, po zwiedzeniu Empiku, zrobiła rundkę po rynku i zatrzymała się przy lodowisku. Anka zadzwoniła do Magdy z propozycją, by się kopsnęli do nas. Okazało się, że nie mogą, bo są już przy dworcu. W takim razie nie mielismy czego szukać na rynku i tez wróciliśmy do Magdy.
Rezultat: nowe doświadczenia (przynajmniej u mnie). Przeciętny.
7.Akcja: "Komu zdjęcie, komu?" czyli
szał aparatów.
cel: przyłapanie Pieczarowca na głupiej rzeczy i uwiecznienie tego, żeby zamieścić na forum.
środki: aparat fotograficzny, podstęp
ofiara: wszyscy, bo mamy grupowe =) W szczególności chyba jednak Darek.
przebieg: wynajdywanie bądź stwarzanie ciekawych sytuacji. Zadekowałam się pod stołem, więc Madzia nie omieszkała tego wykorzystać i kliknęła mi fotkę z pamiętną szklanką mleka. Ankę wkręcono na zdjęcie z Darkiem. Szkoda, że nie wzięłam aparatu.
rezultat: lepiej nie pytać! Jak ona to zamieści... Mamo, boję się...
8.Akcja: "Kto się boi Milczarek?" czyli
oglądanie "Czerwonej Róży" przy małej zmianie bohaterów.
cel: znaleźć odpowiedniki swoich nauczycieli w filmie.
środki: pamięć
ofiary: żadnych tym razem. Chyba, że p. Milczarek można nazwać ofiarą
przebieg: paka chipsów, wafelki i dywan, na który przeniosła się później też reszta. Oglądanie filmu.
Rezultat: pomyślny
9.Akcja: "Kto pierwszy ten lepszy" czyli
zajmij łóżko zanim zrobią to inni.
cel: zajęcie miejsca na jednym z łóżek, możliwie najwygodniejszego.
ofiara: Beata
środki: pchanie, wpychanie się itp.
przebieg: Raz... dwa... trzy! Wszyscy mają miejsca. Nie za wygodne, ale dobra.(...)
Rezultat: oj, ciasno...
10.Akcja: "Czas na pobudkę" czyli
za cztery minuty wstajesz
cel: obudzić Darka i sprawić, by włączył się do rozmowy.
ofiara: Darek
srodki: perswazja
przebieg: od 1.56 co godzinę do 4.56 budziliśmy Darka. A raczej Beata.
rezultat: żaden. Darek jakoś się nami nie przejął i spał dalej.
11.Akcja: "Oddaj mi tą kołdrę" czyli
wszystkie chwyty dozwolone.
cel: zdobyć jak największą powierzchnię kołdry
srodki: siła słowa (Darek i Milczarek!) i fizyczna
ofiary: ja
przebieg: Najpierw zabierał mi kołdrę siłą. Potem zaczął opowiadać, co jego nauczycielka ze mną zrobi, jak mnie dorwie, ale odwróciłam się i go olałam. Na końcu zaczął mnie łaskotać. Ale kołdry nie oddałam.
(...)


...dzięki temu czegoś się nauczyłam. To też ludzie.
I wbrew pozorom nie zawsze są tacy, na jakich wyglądają.
Dziękuję Wam, Pieczarowcy. Jakkolwiek bym się nie zawiodła na Was, na kilku z Was, dziękuję. Nie tylko w szkole się uczy.


[2.02.04r.]

Chcę znowu gadać z Darkiem. Chcę wszystko opowiedzieć Ance i znaleźć zrozumienie. Chcę wymienić milczenie na milczenie między odstępami gadek o OZach i szkole z Magdą. Chcę, żeby Jas została moją przyjaciółką.
Dużo chcę (...), ale...
No nie wiem. Po prostu mi nie idzie i tyle. Bo potrzebuję tych kilku osób i już.


[17.05.04r.]

Moje chcenie niewiele się zmieniło, może tylko doszło kilka nowych osób i rzeczy.
Byłam naiwna.
Tak na dobrą sprawę, nadal jestem.
...


Ale co z tego?
komentarze [2]

"Have you ever...?" >> piątek, 10 listopada 2006 15:04:06
Idę się zamknąć w sobie.
I w sumie na tym powinnam zakończyć notkę.
Ale ponieważ ja to ja, dopiszę coś jeszcze.
Kilka takich postanowień, które można uznać za adwentowe, kiedy wreszcie Adwent się zacznie.
A ogółem, takie, które mają uprzyjemnić życie mi i kilku osobom.

1. Gadać mniej głupot. W ogóle lepiej się nie odzywać, jeśli się nie ma czegoś sensownego do powiedzenia. Nikomu się nie chce tego słuchać.
Wszak mowa jest srebrem, a milczenie złotem...
2.Koniec z wysyłaniem smsów zagadujących. Zostają tylko odpowiedzi. Wysyłanie tylko z konieczności. To uzależnia, a nałogi należy zwalczać. No i przynajmniej troche zaoszczędzę, bo to smsy to takie małe zjadacze kasy.
3. Odrabiać na bieżąco zadania. Juz nie piszę, że wziać się do nauki, bądźmy realistami... Ale przynajmniej zadanka domowe mogłabym odrabiać systematycznie, bo robienie na ostatnią chwilę raczej średnio mi wychodzi ostatnio i w efekcie piętrzy mi się ich coraz więcej.
4.Nauczyć się wyrozumiałości i cieszenia z tego, co się ma, a nie narzekania na brak czegoś. Dostrzegania dobrych stron każdej sytuacji. Cierpliwości. Nie zniechęcania się przy niepowodzeniu, przegrywania, etc.
5.Olać osiemnastkę. Własną. Oto punkt, który w pełni udało mi się zrealizować. Jeśli świat odwróci się do ciebie plecami, ty także odwróć się od niego, czy jak to szło w tej mądrej bajce zwanej potocznie "Królem Lwem". Nie będę się użerać z seria niefortunnych przypadków, by zrobić jedną imprezę. Ja podziękuję. To w końcu tylko kolejne prywatne pożegnanie roku. Osiemnastego, ale czy to coś zmienia?
Zatem jej nie będzie. I tyle.


A na koniec:

Hakuna matata i idę się zamknąć w sobie. Nie wiem kiedy wyjdę, bo chwilowo nie jestem w humorze.
Niemniej pozdrawiam i do zobaczenia.

Quaina

P.S. No patrzcie, zapomniałabym o piosence. To karygodne!

Na Falochronie


Powiedz mi, kto dał im prawo walk
Gdy moje serce chce bić
Żyć dla ciebie cały czas
Powiedz mi dlaczego mam się bać
Na baczność stawiać sny
Zapiąć się w brązowy pas

Muszę już iść, na rozkaz stawić się
Na rozkaz spać i jeść
I odliczać każdy dzień
Czekaj, napiszę długi list
Że zawsze tylko ty
Że jeszcze tylko parę dni

Ref: Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet, rzucę broń
Przeskoczę każdy mur
Jeszcze dzień, wyjdę stąd
Przeskoczę każdy mur

Powiedz mi dlaczego tak ma być
Że liczę każdy dzień
I w każdym mam te same łzy
Powiedz mi, kto dał im prawo walk
Na baczność stawiać sny
Zapiąć mnie w brązowy pas

Ref..Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet, rzucę broń
Przeskoczę każdy mur
Jeszcze dzień, wyjdę stąd
Przeskoczę każdy mur


by Emigranci

Jedna z moich ulubionych piosenek. Dobrze mi się kojarzy.

Q.
komentarze [4]

¦lady
* Odbij
* Zbadaj

  migruj±cych

Wzloty i upadki
2005
luty (1)
marzec (3)
kwiecień (4)
maj (2)
czerwiec (2)
sierpien (2)
wrzesień (1)
październik (2)
listopad (1)
grudzień (1)

2006
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (3)
listopad (3)
grudzień (2)

2007
luty (1)
kwiecień (1)
maj (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (3)

2008
luty (1)
kwiecień (1)

2009
wrzesień (1)

Zgubione pióra
- Przeszłość -
BBA
Pieczara. Jeszcze do niedawna.
->Pierwszy. Tenbit.
Pieczara teraz. Forum.
Pieczara teraz. Stronka.

- Ludzie -
-> Michał
-> Michał
->Jagoda
->Marta
->Marysia
->Kuba
-> Przemek
->Dorota
->Magda
->Jagoda
-> Magda
->Ola.
-> Myszka :)
->Beata
-> Marta
->Michał
-> Martyna
-> Anka
-> Darek
-> Arek
-> Marcin
-> Milena

- Miejsca -
Wrocław.
-> Chińskie ciasteczko :>
HISTORICA.pl
-> Emuzyka.pl

- Komiksy internetowe -
-> Bundz
-> Wiśnia
-> B.O.B.
-> Rotfl Playing Games
-> 1.000.000 Miles Away
-> Megatokyo

- Zaglądam -
-> Anetiri
-> Beasy
-> Dark - kitty
-> Czarownica - adia

Tereny łowne
joga

Dodaj do ulubionych

----------

by Aileen special for Quaina